Matka też człowiek, czyli o higienie umysłu w spektrum codzienności
Jest 6:45 rano. Kokos jeszcze śpi (cud nad cudami), czajnik już zdążył kliknąć, a ja stoję w kuchni w pierwszej lepszej bluzie narzuconej by odstawić go do szkoły bo dziś moja kolej i myślę o tym, że najchętniej napiłabym się kawy w ciszy.
Takiej prawdziwej. Gorącej.
Nie „na trzy łyki między jednym a drugim meltdownem”.
I właśnie wtedy w głowie odzywa się ten znajomy głos:
„No ale serio? Kawa? Przecież są ważniejsze rzeczy.”
Są. Zawsze są.
Tylko że… jak ja mam je dźwigać, jeśli sama ledwo stoję?
Bycie mamą dziecka w spektrum to nie jest maraton.
To triathlon połączony z torem przeszkód, grą w memory (gdzie zgubiłaś klucze?) i symulacją lotu w turbulencjach. Każdy dzień to skanowanie bodźców, emocji, napięć – dziecka, świata i… własnych.
Tych ostatnich zwykle najmniej się słucha, bo przecież „trzeba być silną”.
Tylko że siła bez regeneracji to nie siła.
To przeciążony system.
Długo myślałam, że dbanie o siebie to egoizm.
Że jeśli mam czas na spacer, ćwiczenia, lekarza, terapię, chwilę ciszy albo – uwaga – przyjemność, to znaczy, że coś zaniedbuję. Kogoś. Najczęściej Kokosa.
A prawda jest taka, że zaniedbywałam wtedy siebie.
I to nie kończyło się dobrze.
Bo kiedy ja jestem na rezerwie:
łatwiej krzyknąć
trudniej się śmiać
szybciej pękam przy czerwonym świetle, które trwa o 10 sekund za długo
świat jest głośniejszy,ostrzejszy, bardziej „za dużo”
Brzmi znajomo?
Dbanie o siebie to nie jest luksus.
To higiena umysłu i ciała. Jak mycie zębów. Jak ładowanie telefonu. Jak tankowanie auta, którym codziennie jedziesz przez emocjonalne bezdroża.
Nikt nie powiedziałby:
„Nie tankuj, to egoistyczne”.
A jednak my, mamy dzieci w spektrum, robimy to sobie regularnie.
Dbanie o siebie to czasem:
10 minut samotnej kawy (nawet zimnej, ale twojej)
szybki spacer bez celu (i bez rozmów)
wizyta u lekarza, której nie odkładasz „na potem”
terapia, na której to ty możesz być tą słabszą
ruch – nie po to, żeby „wrócić do formy”, tylko żeby wrócić do siebie
To nie są wielkie rzeczy.
To małe kotwice, które trzymają cię przy powierzchni.
Kiedy dbam o siebie, nie staję się gorszą mamą.
Staję się:
spokojniejsza
bardziej obecna
mniej reaktywna
bardziej odporna na spojrzenia na placu zabaw i komentarze, które bolą bardziej, niż chcę przyznać
Kokos nie potrzebuje matki–męczennicy.
Potrzebuje matki, która potrafi się zatrzymać, oddychać i wracać do równowagi. Nawet jeśli czasem robi to w łazience, zamykając drzwi na minutę (albo trzy).
Nie, to nie jest egoizm.
To odpowiedzialność.
Bo jeśli my znikniemy w matrixie codzienności, zmęczenia i ciągłego „jeszcze tylko to”, to nikt za nas nie zadba. A wtedy wszystko staje się cięższe. Dla nas. I dla naszych dzieci.
Więc jeśli dziś:
jesteś zmęczona
masz poczucie winy, że chcesz chwili dla siebie
zastanawiasz się, czy „wypada”
To ja ci mówię: tak, wypada.
Nie tylko wypada. To konieczne.
Nie zawsze będzie łatwo.
Ale łatwiej jest iść razem z własnym ciałem i głową, niż przeciwko nim.
A teraz… idę zrobić kawę.
Może zdążę wypić ją do końca.
Może nie.
Ale spróbuję😉



Komentarze
Prześlij komentarz