Jestem matką pingwina ale czy na pewno? czyli moja osobista recenzja serialu "Matki Pingwinów"

Jeśli tu ze mną jesteś, to jest też spora szansa,że widziałaś/eś lub planujesz obejrzeć viralowy już serial Netflixa pt. "Matki Pingwinów". 

Ja ten serial połknęłam w dwa wieczory,mega mnie wciągnął i poruszał.
Dlaczego? Bo pokazuje na jak wiele sposób można sobie radzić z niepełnosprawnością dziecka. 
Pokazano w nim chyba wiekszość jeśli nie wszystkie mozliwe reakcje rodziców. Od zaprzeczenia i wyparcia,przez lukrowanie samemu sobie codzienności, aż po akceptację i poświęcenie absolutnie całej swojej egzystencji dziecku i jego potrzebom. 

Nie chcę spoilerować tym,którzy jeszcze nie oglądali, więc ten post będzie o moich odczuciach i o tym jak ja się w tym serialu przejrzałam niczym w pewnego rodzaju lustrze a może raczej w nieco krzywym zwierciadle.

Może Was to zaskoczy,ale nigdy nie uważałam diagnozy Kokosa za wyrok. Wręcz przeciwnie, gdy ją w końcu dostaliśmy czułam jak dwutonowy kamień spada mi z serca! Nareszcie wiedziałam dlaczego mój syn nie rozwija się jak inne dzieci i ( co chyba było dla mnie najważniejsze), że mam na to wpływ, że coś mogę zrobić by mu pomóc.

Pojawiła się ścieżka, która miała nie być łatwa ale dawała szansę działania, uwalniała od tej okropnej bezradności, która męczyła mnie przez pierwsze 1,5 roku macierzyństwa.

 Matki Pingwinów bo o nich ma tu być mowa to było dla mnie jak powrót do przeszłości. 
Szczególnie bliskie są mi w tym serialu dwie postacie- Kamila oraz Ulka. Co ciekawe właśnie one dwie w pierwszych odcinkach irytowały mnie najbardziej. Dlaczego? Bo początkowo wydawały mi sie płytkie, skupione zupełnie nie na tym co ważne. Aż nagle w miarę rozwoju akcji serialu dostałam mentalnym młotkiem w łeb
 O ironio! Wkurzają mnie bo widzę w nich siebie! Może nie 1:1 ale jednak.

W Kamili zobaczyłam swój strach przed ogromną odpowiedzialnością wybrania odpowiedniej ścieżki, obawę o to czy podołam, trudność w zaakceptowaniu 'etykietki" jaką społęczeństwo przypina dzieciom neuroatypowym. Zobaczyłam matkę fighterkę, która zrobi absolutnie wszystko by ochronić swoje dziecko, nagnie czasoprzestrzeń by pogodzić opiekę nad swoim wyjątkowym chłopcem z pracą zawodową. 

Dla mnie praca zawodowa stanowiła
 " bastion normalności" w tym rozpędzonym nagle Lunaparku, ale była też czymś jeszcze- była źródłem dochodu, który pozwalał mi zapewnić mojemu dziecku odpowiednią opiekę specjalistów i terapię,bo przecież wiadomo jakie terminy ma nasza służba zdrowia... Bez prywatnych wizyt i zajęć z fizjoterapeutą nie wiem gdzie byśmy dziś byli.

 
Ula- kolejna postać w której jest część mnie. Osładzająca sobie trudy codzienności  gadżetami, kupująca kolejną zabawkę, ktora i zabawi i rozwinie,skupiona na grafiku,ktory kipi od zajęć i ćwiczeń. W głębi serca smutna bo nigdy nie bedzie w stanie wymazać z serca wspomnień pierwszych godzin życia ukochanej córki i towarzyszącego jej lęku o jej życie. Początkowo wydawała mi się pusta i śmieszna.  Z czasem jednak zrozumiałam co ta postać wyraża- odcięcie przeszłości, chęć bycia wyraźną, nie zniknięcia za niepełnosprawnością dziecka, próbę udowodnienia sobie że ciężko to już było, teraz jest dobrze,mam wszystko pod kontrolą i że każdy dzień to wspaniała przygoda i sielanka ,cud,miód i jednorożce. 

MARZENIE... Przy Kokosie nauczyłam się, że "pod kontrolą" nie mam nigdy niczego na 100%. Każdego ranka budzę się jako matka trochę innego dziecka, a każdy dzień w sekundę z wspaniałego i słonecznego może sie zamienić w armagedon. Zaakceptowanie tego to też był proces.

Kończąc bo sie strasznie rozpisałam,uważam że ten serial powinien obejrzeć każdy kto chce choć trochę zrozumieć świat dzieci ze szczegolnymi potrzebami. Trochę ,bo serial nie pokazuje wszystkich odcieni atypowego rodzicielstwa. Daje jedynie lekki puls sytuacji dla tych,ktorzy boją się zapytac nas rodziców obawiajac sie, że nas zranią pytaniami i dla tych ktorym się wciąż wydaje że dziecko krzyczace od nadmiaru bodzców w sklepie czy na ulicy to " rozpuszczony bachor" Może zobaczą wreszcie ,ze to poprostu mały czlowiek próbujący ogarnąć świat ,którego nie rozumie,ktory go przytłacza jeszcze bardziej niż nas.

To co napewno zostało ze mną po obejrzeniu hitu Netflixa to refleksja nad geniuszem tytułu-  Matki Pingwinów... nielotów... a może jednak Feniksów, ktorym co prawda nie domaga jedno skrzydło,  ale wciąż są piękne i mają ogromną siłę ? 

I na koniec pytanie małego Jaśka 

" Mamo a Ty jesteś jajo na miękko czy na twardo?"... 

Gdyby było skierowane do mnie przez Kokosa powiedziałabym : 

Na twardo synu, oficjalnie na twardo ,bo to co we mnie miękkie nie pomoże Ci latać, a ja chce być Twoim skrzydłem,póki tego potrzebujesz...

A Ty? Jakim jajem jesteś? Pingwina czy Feniksa? 😉

Komentarze

Popularne posty