Starcie tytanów: rodzic, dziecko i formularz w trzech egzemplarzach

Są takie dni, kiedy człowiek wchodzi do budynku poradni psychologiczno-pedagogicznej z poczuciem, że właśnie zaczyna się jakiś dziwny pojedynek. 

Niby wszystko odbywa się w ciszy, przy biurku, z ołówkiem i kartką. A jednak w środku czujesz się jak na ringu.

Bo to jest dokładnie ten moment, w którym rodzic staje pomiędzy dwoma zupełnie sprzecznymi pragnieniami.

Z jednej strony modlisz się w duchu, żeby Twoje dziecko wypadło dobrze.
Żeby nie wlepili mu żadnej etykiety.
Żeby ktoś nie powiedział: „niepełnosprawność intelektualna”.
Bo przecież wiesz, że Twoje dziecko potrafi więcej. Widzisz to każdego dnia.
 Widzisz, jak rozumie świat, jak kojarzy fakty, jak zaskakuje Cię pytaniami, na które czasem sama nie masz odpowiedzi.
Wiesz też, że dziecko to nie maszyna do wykonywania testów.
Może być zmęczone.
Może być chore.
Może być znudzone.
Może być przerażone kolejnym nowym miejscem i kolejną obcą osobą z kartką i stoperem.

Ale jest też ta druga myśl. Ta niewygodna.
Bo w systemie, w którym żyjemy, czasem… im gorzej tym lepiej.
Jeśli dziecko wypadnie „za dobrze”, usłyszysz:
„Przecież sobie radzi.”
A skoro sobie radzi – to wsparcia nie potrzebuje.

I tak rodzic siedzi na krześle pod ścianą i zastanawia się, o co właściwie ma dziś kibicować własnemu dziecku.
Dziś w poradni byliśmy w komplecie.
Kokos.
I jego przyjaciółka Aurelia.
Dwa małe światy.
Dwie historie.
Dwie mamy z teczkami dokumentów, które zbiera się tygodniami w czterech różnych miejscach.
Bo zanim w ogóle przekroczysz próg poradni, masz już za sobą pół maratonu: lekarze, opinie, zaświadczenia, pieczątki, podpisy.
I jeszcze jeden absurd systemu – terminy.
Tak odległe, że kiedy w końcu nadchodzi dzień badania, boisz się je przełożyć nawet wtedy, gdy dziecko jest chore.
Bo wiesz, że możesz spaść na koniec kolejki.
Na pół roku.
A wszystkie dokumenty, które zdobywałaś tygodniami… zdążą po drodze stracić ważność.

Więc tak...
Kokos poszedł dziś na badanie ze szkarlatyną,na antybiotyku...
Nie dlatego, że ktoś jest nieodpowiedzialny.
Tylko dlatego, że system jest bezlitosny dla tych, którzy próbują się w nim odnaleźć. Dlatego że " takich wizyt się nie przekłada"

Jak poszło?
Kokos wypadł… przeciętnie.
A miejscami nawet poniżej normy.
Gdyby ktoś nie znał kontekstu, mógłby pomyśleć, że to powód do zmartwień.
Ale w tej dziwnej rzeczywistości paradoksów…
dokumenty o kształcenie specjalne przyjęto bez problemu.
Papierologia przeszła gładko.
System uznał, że pomoc się należy.

Tymczasem u Aurelii historia potoczyła się zupełnie inaczej.
Mała wypadła powyżej przeciętnej.
I tu zaczęła się prawdziwa biurokratyczna magia.
Bo choć autyzm widnieje w dokumentacji od lat, dziś okazało się, że… to wciąż za mało.
Daria musi teraz udowodnić, że autyzm Aurelii jest "wystarczająco autystyczny", żeby system uznał, że dziecko zasługuje na wsparcie...

Tak.Napisałam to zdanie i dalej brzmi równie absurdalnie jak w momencie, kiedy padło w poradni.

Wracaliśmy więc dziś do domu wszyscy z głowami pełnymi myśli.
Bo kiedy patrzysz na to wszystko z boku, zaczynasz się zastanawiać, kto właściwie jest w tym systemie poddawany największej próbie.
Dzieci?
Czy może rodzice, którzy od lat próbują przekonać urzędy, że ich dzieci nie są ani „za słabe”, ani „za dobre”.
Tylko po prostu potrzebują wsparcia.

Po dzisiejszym dniu naprawdę trudno powiedzieć, kto czuje się bardziej zmielony procedurami i papierologią.
Dzieci.
Czy ja i Daria.

Komentarze

Popularne posty